Przez otwarte okno wlatują maleńkie muszki. Wabi je, palone do późna, światło nocnej lampki. Przyglądam się jak owady krążą coraz bliżej żarówki i wreszcie, porażone żarem, opadają wprost na zeszyt w kratkę, w którym piszę.
Jedne, lekko oszołomione, lądują sztywno, na długich, cienkich jak pajęczyna nóżkach. Inne dogorywają w drgawkach, konwulsyjnie prostując i zaciskając łapki lub rozpaczliwie próbują przewrócić się z grzbietu, by móc odlecieć. Prawie wszystkie jednak są martwe, zanim spadną na pokrytą pismem stronicę.
Powoli rozsmarowuję je opuszkiem palca w długą, jasnobrązową smugę. Liczę kratki i przy końcu każdej linii wpisuję cyferkę oznaczającą jej długość. Najdłuższą smugę na stronie znaczę grubym krzyżykiem.
Przewracam kartkę.